10.20.2014

Rozdział 2

- Jestem asystentem pani Anderson. - mówił prowadząc mnie długim, białym korytarzem. - Wiem - mruknęłam, a on całkiem mnie olał. - Ale ty nazywaj mnie per. pan Tompson. - Och stary piernik podlegający (i z pewnością śliniący się) około 20 lat młodszej szefowej. Faktycznie w swoim marnym życiu zaszedł "bardzo" wysoko. Nie należy mu się chyba "panowanie". Prychnęłam cichutko. Nie odezwał się do mnie już ani razu dopóki nie doszliśmy do dużych, czarnych drzwi. Położył rękę na klamce. Już miał otworzyć drzwi lecz się rozmyślił.
- Posłuchaj. To jest pokój przesłuchań będzie tam pani detektyw, a ty masz się nie odzywać. Znaczy się mów jak będziesz pytana. - Pokój przesłuchań?! Czy to  naprawdę jest szpital? Postanowiłam sobie, że później spytam się o to doktora. Tompson otworzył drzwi. Pokoik znajdujący się za nimi był mały, klaustrofobicznie mały. Był pomalowany cały na czarno. Zupełnie różnił się od reszty budynku. Na środku stał stolik przy którym siedziała Anderson. Wskazała krzesło po drugiej stronie. - Usiądź proszę - Powiedziała obojętnie. Zrobiłam o co poprosiła. Westchnęła głośno i zaczęła otwierać jakąś teczkę. - Powiedz mi proszę jak to jest że zawsze jak kogoś przesłuchuje mam masę podstawowych informacji o tej osobie, a ty... - wzruszyła ramionami - nic, kompletnie nic o tobie nie mam. - Rzuciła teczką przez biurko tak że zatrzymała się na jego końcu. Była pusta. - Może dlatego, że miałam wypadek i nic nie pa... - przerwała mi w pół słowa prychnięciem. - Dziewczyno żyjesz XXI wieku! Myślisz że nie odnalazła bym cię w którejś z tych wszystkich baz danych, którymi operujemy jakbym mogła?! Ale nie mogę. I to jest dziwne! Angażuje się w tej sprawie całą sobą i nic! Ty po prostu nie istniejesz! - wydarła się na mnie jakby to była moja wina. Potrzebowała chwili żeby się uspokoić, a potem zaczęła. - Naprawdę nic nie pamiętasz? Czegokolwiek nazwiska, nazwy miasta? - Nie nic. - odparłam, a nawet gdybym wiedziała i tak bym ci nie powiedziała wredna małpo. Wydawała się coraz bardziej zirytowana. - Czy ty nic nie rozumiesz? Te informacje nie są mi niezbędne. Ja mogę wziąć inną sprawę i żyć dalej, a ty nie masz nic. Nie masz nawet gdzie mieszkać, bo wiesz nie będą cie tu trzymać w nieskończoność. - Nie myślałam o tym nigdy z tej perspektywy. Nawet jeśli jej nie lubię to muszę z nią współpracować. Ale ja naprawdę nic nie wiem. - Nic nie pamiętam - powiedziałam.

Trzymała mnie tam jeszcze przez 3 godziny i nic nie osiągnęła. Próbowałam sobie przypomnieć cokolwiek, ale się nie udało. Gdy wracałam do pokoju zostałam poprowadzona inną drogą. Po pewnym czasie zdałam sobie sprawę, że idę przez normalną poczekalnie taką jakie bywają w przychodniach. Było tu wielu ludzi ale żaden nie wyglądał jakoś wyjątkowo. Ot co zwykły szpital z salą przesłuchań. Gdy dotarłam do pokoju poszłam się odświeżyć (po godzinach spędzonych w tej klitce czułam się jak zwiędły kwiatek). Podczas prysznica zauważyłam że siniaki i zadrapania prawię się zagoiły. Dziwne... . Wyszłam z kabiny i ubrałam się w szpitalny strój (przynajmniej sądziłam że pochodzi ze szpitala) po czym postanowiłam poszukać doktora. Musze w końcu dowiedzieć się gdzie jestem. Wyszłam z pokoju. Wiem że nie powinnam się sama plątać po szpitalu ale nie chciałam spędzić reszty dnia w pokoiku. Jakby nie zwracać uwagi na niektóre szczegóły to mogłabym pomyśleć że znajduje się w normalnym szpitalu. Do gabinetu Wilsona dotarłam po około 15 minutach. Jak tam dotarłam? Po prostu trochę popytałam przechodniów. Zapukałam. Odpowiedziała mi cisza. Spróbowałam jeszcze raz. Nic. No babą ja to zawsze wiem kiedy wpaść co nie!? Postanowiłam nie czekać pod drzwiami tylko trochę pozwiedzać. Był to naprawdę... hmm jak to określić? Nudny budynek? Tak to określenie dość pasuje. Nie było tu nic ciekawszego niż automat do kawy. Znaczy, może było coś ciekawszego za którymiś z zaryglowanych drzwi. Lecz jak wspomniałam wcześniej były zamknięte. Po pewnym czasie postanowiłam wrócić pod gabinet Wilsona.
O ironio gdy zapukałam nikt nie odpowiedział. Westchnęłam i już miałam wracać gdy usłyszałam głos. Był bardzo słaby i cichy. - Doktora nie ma. Operuje. - Obejrzałam się stała za mną drobna, łysa dziewczynka. Wyglądała tak jakoś... miernie, ulotnie jakby była przezroczysta. - Aaa... tak dzięki. - odparłam. - Jestem Samanta Wilson. Doktor to mój tata. - wskazała drzwi. - Ty pewnie jesteś tą dziewczyną o której tyle mówił. Bardzo się cieszył kiedy dowiedział się że zostałaś mu przydzielona. - uniosłam brwi. O czym ona mówi? - No wiesz mówił mi że jesteś wyjątkowa, bardzo szybko się leczysz, a poza tym ten cały wypadek i takie tam. Przydzielenie mu takiej pacjentki to znak, że dyrektor ośrodka mu ufa i takie tam - nawijała dalej lecz gdy zobaczyła moją zdezorientowaną twarz przestała. - Mieszkasz w 48? Odprowadzić cie? - mówiąc to zabawnie przekrzywiła głowę. - Ta jasne. - W ciągu naszego spacerku dowiedziałam się że spędziła w tym szpitalu pół życia ponieważ jest chora na raka i testują na niej jakieś nowe formuły leków. Zrobiło mi się jej żal, ale ona nie wyglądała na zdołowaną raczej na... szczęśliwą. - Dobra muszę iść na badania. Pa! - Pożegnała się ze mną przy drzwiach i odbiegła. Dziwna dziewczyna. Gdy weszłam do pokoju zobaczyłam że coś się zmieniło. Kroplówki i dziwne urządzenia zastąpił telewizor i regał z książkami. Jak im udało się to tak szybko tu przynieść? Nie myślałam o tym zbyt długo, bo bardzo chciało mi się jeść. Boże jak będę tak żarła to za tydzień będę wyglądać jak ten cały Tompson. Przeszły mnie ciarki. - Fuj - mruknęłam do siebie i zamiast jedzenia postanowiłam zająć się czymś innym, a mianowicie telewizją. Było tu irytująco mało programów więc zaczęłam oglądać jakiś beznadziejny serial. Po pewnym czasie ktoś zapukał. - Proszę! - krzyknęłam. - Dzień dobry słyszałem od Sam, że mnie szukałaś. - doktor wszedł do pokoju i usiadł na krześle koło mnie. Potaknęłam. - Przepraszam, trochę niefortunnie wyszło. Najpierw zostawiam cię samą z tym przesłuchaniem, a potem nie możesz się ze mną  skontaktować. - pokręcił głową. - Przepraszam. - Nic się nie stało. Wiem, że pan operował. - odparłam. - Od pańskiej córki i wiem, że może zachowam się nietaktownie to mówiąc, ale ona jest trochę dziwna. No bo powiedziała mi o swojej chorobie i w ogóle, ale ja i z pewnością wiele ludzi załamałoby się na wieść, że jest się nieuleczalnie chorym, a ona... . No wie pan, ona jest szczęśliwa. - powiedziałam lekko zakłopotana. Nie zdziwiła ani nie obraziła go moja wypowiedzi. Był tylko... smutny? - Wiele ludzi uważa, że to ja podjąłem decyzje co do tego, że będzie ona królikiem doświadczalnym, bo jestem doktorem. Niestety ludzie zapominają, że jestem także jej ojcem. Tak naprawdę to była to tylko i wyłącznie jej decyzja ja próbowałem ją od tego jakoś odciągnąć ale jest uparta jak osioł.- mówił doktor,a ja zdałam sobie sprawę, że się źle zrozumieliśmy. - Ale doktorze nie o to... - nie pozwolił  mi skończyć tylko machnął na to ręką. - Nie ważne dziecko, lepiej opowiedz mi o tym całym przesłuchaniu.

Po chwili gdy skończyłam opowiadać zaburczało mi w brzuchu. -  Lepiej coś zjedz. - upomniał doktor po czym wstał i zamówił jedzenie. - Doktorze co to właściwie za miejsce? - zaczęłam. - Hmm, to? To szpital. - odparł gładko. - Tak ale jest świetnie wyposażony i ta cała sala przesłuchań. Czy to nie dziwne jak na zwykły szpital? - pytałam dalej. - Jesteśmy w Philadelphi, a to duże miasto. Mamy środki na to co nazwałaś zaopatrzeniem, a jeśli chodzi o ten cały pokój przesłuchań. - westchnął. - Często trafiają tu tacy jak ty czasami nawet jacyś przestępcy. Rząd uparł się, że takie coś powinno się tu znaleźć.- "Tacy jak ty" ciekawe co to miało znaczyć? W tej chwili do pokoju weszła pani w fartuszku z tacą w rękach. - Dzień dobry doktorze. - Machnęła do niego głową postawiając tace na stoliku przede mną, po tym wyszła. Pf na mnie nawet nie raczyła spojrzeć. - Elain - zaczął Wilson - Tak? - Yyy nie wiem jak to powiedzieć. Nie wiem czy zauważyłaś ale nienaturalnie szybko dochodzisz do siebie. Wiesz jak... jak to się dzieje? Znaczy się jak ty to robisz. - mówił do bardzo szybko. Denerwował się. Zanim dokończył zorientowałam się o co chodzi. - Chce pan żeby pana córka... tak szybko zdrowiała. - pomogłam mu. - Tak. - potaknął. Wyglądał teraz starzej, smutniej niż zwykle. - Przepraszam ale nie mam pojęcia. - pokręciłam głową.  - Naprawdę przepraszam. - Nie maż za co przepraszać dziecko. - Czułam się okropnie rozmawiając o takich rzeczach więc zmieniłam temat. - Emm panie Wilson co się ze mną stanie jak nie dowiemy się kim jestem? - to pytanie nurtowało mnie od kiedy wspomniała o tym detektyw. - Jeszcze tego nie wiem, ale póki co liczmy na to, że nie będzie potrzebne szukanie ci domu zastępczego.

Rozmawialiśmy jeszcze chwilę, a potem doktor musiał iść do swojej córki. Ja zdałam sobie wtedy sprawę, że jest już późno i poszłam spać. Następny dzień minął mi podobnie i kolejny, i jeszcze następny. Zwyczajna monotonia: jedzenie, przesłuchanie, rozmowa z Samantą, czasami z doktorem, jedzenie, oglądanie marnego serialu, sen. Mimo, że może wydawać się to wam nudne, dla mnie było dobre. Nareszcie miałam coś własnego, coś stałego. Co z tego, że w sprawie z moją przeszłością nie ruszyliśmy nawet o milimetr, co z tego, że moja ulubiona kumpela (i jedyna) była świruską i mogła umrzeć jutro, za tydzień czy, za miesiąc. Kiedyś nawet o tym gadałyśmy, a ona powiedziała tylko - Nic co dobre nie trwa wiecznie. - I tak mijały tygodnie, miesiące aż pewnego razu gdy wracałam z przesłuchania coś było nie tak. Gdy dotarłam do mojego pokoiku zauważyłam że drzwi są otwarte. Podeszłam powoli. W środku były dwie osoby, jedna - doktor Wilson, drugiego gościa nie znałam. Był to siwiejący, grubawy facet w eleganckim garniturze. Odezwał się pierwszy.
 - Jesteś tu już tak długo, a nie miałem okazji cię poznać osobiście. - podszedł do mnie. - Jestem dyrektorem tego szpitala. Jest mi niezmiernie przykro, że poznajemy  się w takich okolicznościach ale... . Nie robisz żadnych postępów co do swojej amnezji. - spojrzałam na Wilsona. Wyglądał na zrezygnowanego. - A twoje utrzymanie kosztuje. - kontynuował dyrektor. - Musimy cie niestety wypisać. - Chociaż wiedziałam, że to nastąpi już wkrótce. Okropnie to mną wstrząsnęło. Nogi się pode mną ugięły. Doktor złapał mnie w ostatniej chwili i posadził na krześle. Spojrzałam na niego błagająco. Może uda mu się coś zrobić! Niestety on tylko potrząsnął głową. Zaczęłam płakać.



Ktoś mądry powiedział mi kiedyś :
"Nic co dobre nie trwa wiecznie"






Obserwatorzy

Layout by Yassmine